Jestem Przemysław Sajewski, farmaceuta, aptekarz... W razie pytań służę: przemek*małpa*aquavitae.com.pl
Przemek Sajewski

Utwórz swoją wizytówkę

Blog > Komentarze do wpisu

Regulacja rynku farmaceutycznego i jej wpływ na dostępność do leków. Część I

Jest to fragment mojej pracy specjalizacyjnej poruszający aktualny obecnie temat czy w Polsce jest za mało, czy za dużo aptek i czy leki w związku z tym są za drogie...

 

Udostępnij

 

Cel pracy: W ciągu ostatnich kilku lat, na tle ogólnej zapaści służby zdrowia w naszym kraju, dużo pisze się i mówi ( głównie przez osoby mające niestety nikłe pojęcie na ten temat ) o rynku farmaceutycznym. Najważniejsze poruszane kwestie, pomijając oczywiście wydatki publiczne na refundację leków, to przepisy regulujące otwieranie nowych aptek, kwestie ich własności i geograficznego umiejscowienia w stosunku do istniejących już placówek i to jaki ma to wpływ na możliwość łatwego nabycia przez pacjenta jak najlepszego leku w jak najniższej cenie. Czyli podsumowując widzi się potrzebę jeszcze większej liberalizacji obrotu aptecznego, ale zapomina się w tym wszystkim o jednej bardzo ważnej kwestii zapewnienia pacjentowi bezpieczeństwa, ponieważ jakby nie było “lek jest trucizną, tylko wszystko zależy od dawki...”.

W swojej pracy posłużę się raportem przygotowanym przez niezależny instytut badawczy z siedzibą w Wiedniu ( Österreichisches Bundesinstitut für Gesundheitswesen/Austriacki Instytut Zdrowia ) na zlecenie PGEU – Grupa Farmaceutyczna Unii Europejskiej. Raport ten dotyczy wpływu deregulacji na rynek aptek, z uwzględnieniem dostępności i jakości usług farmaceutycznych oraz wydatków na nie, uwzględnia on trzy kraje europejskie, w których przeprowadzono deregulację: Holandia, Irlandia i Norwegia; grupą odniesienia są trzy inne kraje, tj.: Austria, Finlandia i Hiszpania, gdzie rynek farmaceutyczny wciąż jest silnie regulowany. Ja spróbuję odnieść to do własnego doświadczenia z Polski szczególnie jeśli chodzi o rynek w województwie podlaskim, gdzie śmiało można powiedzieć o “samoderegulacji” aptecznego rynku.

1. Deregulacja rynku ma doprowadzić do wzrostu liczby aptek, a co za tym idzie łatwego dostępu do tych placówek.

Rzeczywiście w każdym z krajów, w którym prawo nie ma wpływu na otwieranie aptek, zanotowano znaczący wzrost ich liczby. W Irlandii, gdy w roku 2002 zniesiono kryteria zakładania aptek w oparciu o potrzeby lokalne ( które obowiązywały jedynie przez 6 lat – rynek apteczny w Irlandii praktycznie od zawsze cechował się niskim stopniem regulacji ) zanotowano ich zdecydowany wzrost, ale jedynie na terenach miejskich, które jak wszędzie cechuje atrakcyjność gospodarcza. Tę samą prawidłowość ( wzrost liczby aptek tylko na terenach miejskich ) zaobserwowano również w Holandii od końca lat 90, kiedy to również umożliwiono zakładanie aptek gdziekolwiek i przez kogokolwiek. W Norwegii, gdzie zawsze brakowało aptek, wszelkie zakazy odnośnie ich otwierania zostały usunięte w roku 2001, co spowodowało ich natychmiastowy wzrost. Jak można się domyślać znów tylko na obszarach miejskich i do tego przejęcia 81% norweskich aptek przez sieci apteczne, a atrakcyjne z punktu widzenia biznesowego tereny w dalszym ciągu pozostały „apteczną pustynią”. Według danych raportu w co drugim okręgu administracyjnym Norwegii nie ma żadnej apteki. Norweskie Ministerstwo Zdrowia musiało wręcz interweniować ( czyżby próba ponownej regulacji ) i podpisać porozumienie z właścicielami sieci aptek o tym, że nie zostanie zamknięta żadna z nich w wiejskich okręgach tego kraju. Mimo tego w Norwegii wciąż na jedną aptekę przypada aż 8,5 tys. mieszkańców, w Holandii ( dane uzyskane bezpośrednio w tym kraju w czerwcu 2007 roku) 9,5 tys., wyjątkiem jest tu Irlandia ze średnią 3,0 tys.; podczas, gdy w krajach gdzie to nie rynek reguluje ich liczbę, ale przepisy wynosi to odpowiednio 3,7 tys. dla Austrii, czy też 2,05 w Hiszpanii i jest praktycznie wartością stałą. Jeśli zaś chodzi o Polskę szacunki mówią o około 2,8 tys, pacjentów na jedną aptekę, czyli jesteśmy w gronie państw o największym nasyceniu aptek ma tysiąc mieszkańców w Europie.
W naszym kraju możemy również zaobserwować tendencję do powstawania ogromnej liczby nowych aptek na terenach zurbanizowanych. Często sąsiadują one ze sobą przez ścianę, a nawet dwie ściany potrafią oddzielać od siebie trzy apteki w tym samym budynku. W Białymstoku możemy trafić do apteki praktycznie na każdym rogu, jednak już ruszając się 5-10 kilometrów od miast wystąpią ogromne trudności z nabyciem jakiegokolwiek leku, jeśli dany teren nie wykazuje ekonomicznego potencjału dla powstania apteki lub, chociaż punktu aptecznego. W niektórych rejonach Polski dochodzi wręcz do przenoszenia aptek ze wsi do miast. Wszystko to powoduje jeszcze większy spadek dostępności do usług farmaceutycznych na obszarach wiejskich, gdzie farmaceuci często pełnią rolę osoby pierwszego kontaktu dla chorych i w obecnym stanie polskiej służby zdrowia są jedyną pomocą w miejscach, gdzie trudno jest o lekarza POZ, którzy jak wiemy, z corocznych protestów, narzekają na nadmiar pracy. Śmiało mogę stwierdzić, że w wyniku liberalizacji obszary wiejskie zostaną zaniedbane poprzez ogniwo służby zdrowia jakim są apteki, co pociągnie za sobą trudne do oszacowania koszty dla całego społeczeństwa – przecież taniej jest zapobiegać niż leczyć.

Eksperci w swoim raporcie formułują tezę, że nadmierny wzrost aptek na danym obszarze może spowodować spadek ich rentowności. Można oczywiście kontratakować stwierdzeniem, że jest to problem przedsiębiorców prowadzących te apteki, ale czy tylko? Pierwszą rzeczą dotykającą bezpośrednio pacjenta, jest zmniejszenie różnorodności dostępnych leków i konieczność odwiedzenia wielu placówek w celu zrealizowania recepty, czy też kupienia leków na inne lżejsze dolegliwości lub też otrzymania fachowej porady ze strony farmaceuty i jest to ściśle uzależnione od kondycji ekonomicznej apteki. Spotykam się z tym codziennie w swojej pracy, słuchając narzekań pacjentów, że odwiedzają już 10-tą aptekę i nie mogą dostać przepisanego preparatu. Urynkowienie sprzedaży leków prowadzi przede wszystkim do ograniczania kosztów, a utrzymywanie na stanie magazynowym preparatów, które nie rotują ( mimo, że w danej chwili są niezbędnie pacjentom potrzebne ), jest sprawą z punktu widzenia ekonomicznego nieopłacalną. Większość aptekarzy kierując się wynikiem finansowym przedsiębiorstwa zwraca uwagę tylko na dobrze rotujące, opłacalne dla firmy preparaty. Aby apteka dobrze spełniała swoje ustawowe funkcje musi przynosić dochód farmaceutom, dzięki któremu będą oni mogli świadczyć usługi na najwyższym poziomie, inwestować w ustawiczne szkolenia personelu, unowocześniać apteki, utrzymywać tzw. „szeroką półkę” czyli zapewniać jak najszerszy asortyment, oraz w terminie płacić hurtowniom farmaceutycznym. Szacuje się, że w przypadku 40 % aptek zadłużenie przekracza wartość ich majątku i są to apteki, których nie stać nawet na bankructwo. Wartość zadłużenia na koniec 2004 tylko w hurtowniach giełdowych wynosiła 476 mln, z tego zaległości dłuższe niż rok stanowiły aż 50% - nie znamy jeszcze danych za rok 2007, ale myślę że biją one tamte wartości na głowę. Warto tutaj wspomnieć, że łączna hurtowa i detaliczna marża na leki refundowane jest w Polsce jedną z najniższych, jeśli nie najniższą, w całej Europie. Biorąc te kwestie pod uwagę można zapomnieć o jakimkolwiek podnoszeniu jakości oferowanych usług w aptekach, a wprowadzenie „opieki farmaceutycznej” trzeba traktować jako dowcip.

Współpłacenie pacjenta za leki refundowane w Polsce wynosi około 70%, a już przy wartościach powyżej 50% mówi się o braku dostępu do leków!!!

Nakłady w naszym kraju na refundację leków dla statystycznego pacjenta wynoszą rocznie 31 euro, podczas gdy w Czechach wartość ta wynosi 117 euro, Węgrzech 110 euro, Słowacji 93 euro. Wracając do raportu, mimo że ustawodawstwo w każdym z przykładowych krajów mówi o zapewnieniu natychmiastowej dostępności najczęściej przepisywanych leków, zagwarantowane jest to najlepiej w Austrii i Finlandii, a dopiero potem w Hiszpanii i Holandii i Norwegii – nieznane mi są dane na temat Irlandii. Wspomniałem wyżej kwestię personelu aptek, czyli farmaceutów, którzy odgrywają ( niestety, ale nie w Polsce ) jedną z najważniejszych ról w systemie ochrony zdrowia. Wzrost liczby aptek i tym samym nasilenie się konkurencji spowodował znaczny spadek personelu aptecznego przypadającego na aptekę, ponieważ jest to główny ze sposobów na ograniczenie kosztów funkcjonowania apteki. Według badań Instytutu prowadzi to do obciążenia pozostałego personelu pracą, a co za tym idzie obniżenia jakości oferowanych usług, dodatkowo kwestia ekonomiczna powoduje, że traci on swobodę oferowania pacjentowi najwłaściwszego leku na rzecz preparatu, którego sprzedaż uzasadniona jest jedynie rachunkiem ekonomicznym. Konsekwencją tego zawsze bywa spadek zadowolenia z wykonywanej pracy. Farmaceuta jest jednym z najważniejszych ogniw w służbie zdrowia, jego praca powinna polegać nie tylko na sprawdzaniu i realizowaniu recept, ale przede wszystkim na kontroli stanu zdrowia pacjenta, udzielaniu informacji pozwalającym pacjentom na zachowanie dobrego zdrowia, monitorowaniu kuracji ( zwłaszcza, gdy Polacy słyną z przyjmowania nadmiernych ilości leków i paraleków – warto ograniczać tę patologię, a nie brać w tym udział ), pomocy w rzucaniu palenia, czy też odciążeniu lekarzy w przypadku najdrobniejszych schorzeń, jak katar, kaszel etc. Ograniczenie kosztów pociąga za sobą również rezygnację ze sporządzania preparatów dostosowanych do konkretnych potrzeb pacjenta, czyli leków recepturowych. Moje doświadczenia wskazują, że naprawdę znikoma ilość aptek wytwarza te leki, a duża ilość recept robionych świadczy mimo wszystko o zapotrzebowaniu na tego typu usługi. Niestety na rachunku ekonomicznym receptura zawsze znajduje się na pozycji koszta. Z uwagi na wiedzę, odpowiedzialność i konieczność stałego podnoszenia kwalifikacji zawodowych ( co jest obligatoryjne ) farmaceuci na całym świecie stanowią jedną z najlepiej wynagradzanych grup zawodowych i takie też mają wymagania. Niestety względy ekonomiczne powodują, że w wielu placówkach rolę farmaceutów przejmują technicy – których oczekiwania finansowe z uwagi na wiedzę i odpowiedzialność są zdecydowanie niższe. Zdarza się wręcz, że dyżury nocne pełnią apteki zatrudniające tylko jednego magistra, oczywiście może on i pracować 24h na dobę, ale o skutkach dla pacjenta lepiej nie myśleć. Na rynku białostockim od kilku już lat da się zauważyć zdecydowaną „emigrację” farmaceutów nie tylko za granicę, ale w i inne rejony Polski w poszukiwaniu raz wyższych zarobków, a dwa pracy która stanowi coś więcej niż tylko ustalanie konkurencyjnej ceny leku. Przykład emigracji zarobkowej farmaceutów poza granice kraju, wykształconych na jednym z najdroższych kierunków studiów, dla budżetu czyli nas, fachowców jasno wskazuje też kolejne etapy procesu deregulacji. Niestety, o ile firmy chińskie mogą nam pobudować autostrady, to raczej nie wypełnią miejsca w aptekach. Dodatkowo nawet jedna apteka na pacjenta, bez personelu lub z kiepsko opłacanym, zmęczonym i niedouczonym personelem nie spełni oczekiwań jakie pokłada w niej nowoczesna służba zdrowia.

sobota, 09 lutego 2008, przemek34

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: