Jestem Przemysław Sajewski, farmaceuta, aptekarz... W razie pytań służę: przemek*małpa*aquavitae.com.pl
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Ulubione
Przemek Sajewski

Utwórz swoją wizytówkę

Farmacja

piątek, 27 sierpnia 2010

 

Udostępnij

 

Z zainteresowaniem przeczytałem informację o tym, że Naczelna Rada Aptekarska zastanawia się nad protestem związanym z bezczynnością Ministerstwa Zdrowia w kwestii nowelizacji Prawa Farmaceutycznego czy też prac nad projektem ustawy refundacyjnej. I jak zwykle naszły mnie w tym temacie pewne przemyślenia. Po pierwsze z góry proponuję wykluczyć protest bezpośrednio w aptekach: zamykanie, nierealizowanie recept itp., ponieważ od razu część aptek odpowie na to hasłem „My nie protestujemy”. Z drugiej zaś strony nie sądzę, że jakakolwiek manifestacja na ulicach stolicy przyniosłaby inny skutek niż wściekłości miejscowych kierowców i odbiór całej akcji przez społeczeństwo jako domagania się przez aptekarzy „jeszcze droższych leków”. Na przestrzeni ostatnich lat aptekarstwo atakowane było przez media, środowisko lekarskie, czy też posłów, vide poseł Radziszewska, która stwierdziła, że jesteśmy jedną ze stron ustalającą przy zielonym stoliku ceny leków itd. Uważam, że jako jedna z niewielu grup w naszym kraju doświadczamy wciąż czarnego PR. Moim zdaniem nie jest to jednak działanie w pełni zamierzone, ale wynik całkowitej bierności naszego środowisko, które można walić z każdej strony bez żadnej konsekwencji. Nigdy nie doczekałem się jakiegokolwiek sprostowania, dyskusji, czy też po prostu próby wyciągnięcia konsekwencji prawnych wobec stron, które wciąż ( często po prostu z powodu zwykłej indolencji i nieznajomości tematu ) wylewały pomyje na nasze środowisko. Nigdy nie widziałem przedstawicieli samorządu, którzy funkcjonowaliby w mediach w taki sposób jak czynią to członkowie środowiska lekarskiego nawet w przypadku naprawdę błahych spraw. Prostym sposobem byłoby stworzenie komórki kontaktów z mediami, bądź zlecenie tego wyspecjalizowanej firmie PR, które reagowałyby na każdy fakt podania do publicznej wiadomości informacji o kolejnym niecnym działaniu tzw. „lobby aptekarskiego”. Chętnie sam bym się do takiego lobby przyłączył, ale niestety jest to jedynie określenie dziennikarskie, które „żyje” w świadomości Polaków, tak jak bohater narodowy pułkownik Wołodyjowski..., a we mnie powoduje jedynie przysłowiowy nerw. Krótkim i zwięzłym podsumowaniem całej sytuacji jest to, że o sprawach ważnych dla naszego środowiska nie wypowiadają się farmaceuci... Protest mógłby być zwieńczeniem kampanii medialnej i PR, gdzie powinno się wyraźnie pokazać w sposób prosty i zrozumiały dla ogółu jak sytuacja wygląda naprawdę i jak niewiele do gadania mają aptekarze. Niestety jest to kosztowne i wymaga czasu, a powinno się o tym pomyśleć już dawno. Mimo, że jest za późno i tak uważam, że taka akcja byłaby zdecydowanie bardziej skuteczna, a poniesione koszta byłyby inwestycją na przyszłość. Dodatkowo pora już skończyć z przyjmowaniem z radością jakichś wyimaginowanych ofert przedwyborczych z którejkolwiek ze stron sceny politycznej, ale uzbroić się w palce wskazujący, wyciągnąć głowę z piasku i stać się fachową, a przede wszystkim nowoczesną opozycją dla rządzących służbą zdrowia. Jakakolwiek forma protestu środowiska aptekarskiego na chwilę obecną stanie się niestety tylko przysłowiowym gwoździem do trumny postrzegania nas przez ogół Polaków...

 

Oryginał ukazał się w Medical Tribune

poniedziałek, 02 sierpnia 2010

 

Udostępnij

 

Sezon ogórkowy w pełni, zaczął się on za to z przytupem, czyli końcem kampanii prezydenckiej. Nie będę rozpisywał się o moich preferencjach politycznych, ale pragnę jedynie nawiązać do obietnic kandydatów, słysząc które, jako drobny przedsiębiorca mocniej złapałem się za kieszeń. Z drugiej strony zwróciłem się też małżonki, dwie godziny przed ciszą wyborczą, sugerując, aby chwyciła za telefon i dzwoniła do sztabów, coby i nam coś obiecali... No, ale żarty żartami, a trzeba być poważnym. Po raz kolejnym ważnym tematem kampanii była kwestia służby zdrowia - wynikła z zakończonego w sądzie tematu prywatyzacji/komercjalizacji szpitali. Każda rozsądna osoba wie, że bez zamykania, reformowania, prywatyzowania, zwalniania i skończenia z tzw. „darmowością” i protestów grup zawodowych itd. nie da się przeprowadzić, żadnej reformy służby zdrowia. Niedofinansowanie da się zmienić w finansowanie tylko i wyłącznie poprzez ograniczenie marnowania miliardów złotych, który wypływają na różne strony właśnie przez brak prywatyzacji/komercjalizacji. Po co kilkakrotnie dofinansowuje się szpitale, które potrafią tylko i wyłącznie generować straty, a poziom usług świadczonych pacjentom woła o pomstę do nieba. Wielokrotnie, gdy poprawiałem recepty, spotykałem w przychodniach dzień w dzień tych samych pacjentów, a najczęściej w rozmowie padały stwierdzenia o tym, że wyjście do lekarza jest sposobem na zabicie nudy. Każdy z nas słyszał o wieloletnich kolejkach oczekiwania na zabiegi medyczne, tylko dlatego, że pacjenci zapisują się na nie w tylu placówkach w ilu jest to możliwe. Takich przykładów są setki, a prostym sposobem na ich eliminację jest wprowadzenie drobnej kilkuzłotowej opłaty. Ale wracając do kampanii prezydenckiej. Sprawa stosunku kandydatów do szpitali skończyła się w sądzie, nie dlatego, że jedna czy druga strona chce rzeczywistej reformy w służbie zdrowia, ale dlatego, że politycy panicznie boją tego tematu, ponieważ wiążę się on z magicznym słowem OSZCZĘDNOŚĆ – co w tym wypadku i wielkim uproszczeniu oznacza wielokrotne oglądanie każdej wydawanej złotówki, czyli ZABIERANIEM, a nie obiecywaniem „gruszek na wierzbie” w czym nasi rządzący są najlepsi. Zawodowi politycy – czyli ci, którzy mają na chleb i mleko nie z pracy np. w aptece, ale z bycia politykiem, nigdy nie przeprowadzą żadnej reformy służby zdrowia, ponieważ w pierwszej kolejności polecą w dół słupki poparcia danej opcji politycznej, następnie stopnieją szanse na kolejną elekcję, upraszczając zaś finał – wylecą z łatwej pracy z fajną płacą. Jakąkolwiek szansę na zmiany dałaby dopiero osoba, która nie będzie obawiać się swojego końca w polityce przez to, że pozbawi elektorat „darmowej służby zdrowia”, oraz narazi się na uliczne protesty grup w wielu przypadkach żerujących właśnie na braku reform i dopiero po latach oczerniań i po dostrzeżeniu efektów tej pracy będzie mogła doczekać się chociaż odrobiny uznania. Niestety rozpatruję to w kwestiach science-fiction, a na chwilę obecną rozmowy o służbie zdrowia toczą się na salach sądowych, a dopóki temat nie umrze w mediach to przy kawce i herbatce przy tzw. okrągłych stołach do spraw różnych.


...za to przynajmniej lato nam dopisało...


Oryginał ukazał się w Medical Tribune

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12